Londyńska delegacja


Anglia | Londyn | 2015 Listopad | Fotografia: Chris Schippers

W Londynie byłem, póki co, zaledwie raz i kojarzy mi się on z … permanentnym brakiem snu 😉 Zaczęło się w sumie niewinnie. Typowy, 8-godzinny poniedziałek w pracy upłynął pod znakiem informacji, że „chyba jednak jedziemy do Londynu” (wiedzieliśmy to od kilku dni 😉 ). Jedziemy, tzn. Ja + dwóch kolegów. Pod koniec dnia pracy, w końcu dostaliśmy zielone światło i okazało się, że „jedziemy jutro”. Szybkie drukowanie biletów, wymiana gotówki, kupno przejściówek do gniazdek UK, pakowanie. Niby niewiele, ale gdy skończyłem to była … 23:00. Położyłem się spać – całe 30 minut xD

Tak, „jedziemy jutro” oznaczało, że lot jest wcześnie rano (bodajże 4:00) z Berlina, do którego trzeba dojechać busem (2,5 godz), który odjeżdża z dworca, do którego też trzeba dojechać 😉 W busie tkwiłem w jakimś pół-śnie, a w samolocie nie umiem spać 😉 Na lotnisku Stansted odebrała nas taksówka i pojechaliśmy do Londynu. Okazało się, że do Londynu nie jeździ się samochodami 😉 Lepiej jechać pociągiem bo inaczej się jedzie dłuuugo, zwłaszcza do ścisłego centrum 😉

Gdzieś w okolicach 9 rano (cofniętego czasu) dotarliśmy do siedziby agencji / software-house’u. Najpierw obczajka biura i typowy problem w firmach IT – rozwijają się tak szybko, zatrudniają tylu ludzi, że …. sam budynek, biuro za tym nie nadąża. Prawie zawsze dla przyjezdnych brakuje miejsca, albo jest swoiste pospolite ruszenie, aby takie miejsce znaleźć 😉 W londyńskiej agencji ludzie siedzieli gdzieś na krawędziach sof, poduszkach – tym samym bardziej przypominali … jakichś blogerów 😛

Pierwsze problemy zaczęły się przed lunchem. Jechaliśmy tam na początku projektu i z reguły jedzie się po to, aby wyjaśnić pewne kwestie, dowiedzieć się jak najwięcej. Naturalnie jest wiele rozmów, burz mózgów, trzeba zadać właściwe pytania, myśleć na odpowiednich obrotach – mówiąc wprost, takie rozmowy wykańczają i trzeba być wypoczętym 🙂 Brak snu sprawił, że zaczęło się robić trudno. W pewnym momencie nie wiedziałem czy mam patrzeć mojemu rozmówcy w oczy, czy w dal bo … i tak się nie mogłem skoncentrować 😀 Lunch troszkę pomógł, ale po nim czekało nas następne 4-5 godz intensywnych rozmów.

Z pracy wyszliśmy totalnie wypruci xD W ciągu ostatnich 30 godzin byliśmy 2x w pracy, odbębniliśmy podróż i spaliśmy może godzinę. Co można wtedy zrobić ? Powiedzieć sobie: „Aaa ch…” i pójść zwiedzać xD

Wydaje mi się, że uratowała nas pogoda. Listopadowy wieczór, 2-3 stopnie, przymrozek, orzeźwiający suchy wietrzyk. Wypiliśmy byle jaką kawę z jakiejś sieciówki (tak, nie marudziłem, że nie ma czegoś z „alternatyw” – Aeropressa czy innego Dripa / V-60) i ruszyliśmy na zwiedzanie typowych atrakcji Londynu, takich jak Tower Bridge, Big Ben, Buckingham Palace itd. Jeden z kolegów robił za przewodnika i w sumie zrobiliśmy ponad … 10 km.

Do hotelu wróciliśmy grubo po godz 23:00 – już wcześniej ustaliliśmy, że do hotelu wracamy ultra zmęczeni, żeby nie mieć problemu z zaśnięciem. Było też drugie dno – osoba ogarniająca naszą delegację była chyba na haju, bo hotel był z gatunku tych tragicznych 😉 Niech jedna z recenzji na Google posłuży za dowód:

„Schodami na piętro 3,4 można wejść tylko i wyłącznie gdy … uprawiasz wspinaczkę. Brak windy. Pokój jak z łodzi podwodnej. Łazienka, toaleta mniej niż 1m kw, a zęby w umywalce można umyć siedząc na sedesie. Łóżko z drugiej wojny światowej”

Od siebie dodam, że podłoga nie trzymała poziomu – była mega krzywa więc porównanie do łodzi podwodnej nie było bezzasadne 😉

Rano, po 5 pobudka i na dzień dobry poranna gimnastyka … w kabinie prysznicowej – była tak wąska, że ciężko było się obrócić 😛 Pięć godzin snu okazało się zdecydowanie za krótką dawką. O 7 rano musieliśmy być w pracy. W londyńskim metrze oczywiście komunikat dźwiękowy „mind the gap” – jeden z najpopularniejszych komunikatów świata. Swoją drogą, zawsze razem jeździliśmy metrem, każdy miał własną kartę transportu miejskiego Oyster Card, a stan kont na tych kartach był totalnie inny 😉

Drugi dzień londyńskiej delegacji był już normalniejszy. Podczas lunchu, osoba odpowiedzialna za kontakt z klientem zaprosiła nas na obiad do fajnej burgerowni, a w pracy dzień upłynął na rozmowach projektowych. Jeden, roboczo nazwany „Earth Observation Platform” gdzie końcowym odbiorcą była firma mająca satelity latające wokół Ziemi, ale bardziej znana z tego, że ich samolotami … wszyscy latamy 🙂 Drugi … z zupełnie innej bajki – redesign + system CMS do obsługi maszyn wendingowych dla jednej z 2-3 największych na świecie sieciówek związanych z … kawą 🙂 Tak wiem, ogólnikowo, ale niestety w IT prawie wszystkie projekty objęte są klauzulą poufności więc właśnie tak to wygląda: „Firma na A …”, „Jeden z 2-3 największych producentów czegoś tam” itd. Przyznam, że jest to stan rzeczy, który mnie nie odpowiada. Chciałbym, chociażby w moim CV, móc wymieniać projekty, w których brałem udział, z nazwy, bez owijania w bawełnę 🙂 Ogólnie, projekt nr 1 był bardzo fajny ze względu na pewne techniczne aspekty, projekt nr 2 – znacznie mniej konkretny, wymagający jeszcze wielu rozmów z klientem końcowym.

Wieczór upłynął nam pod znakiem dalszych spacerów i zwiedzaniu pubów w dzielnicy Paddington.

Trzeci, ostatni dzień znów napięty, a po pracy od razu trip do domu – ten nadaje się na osobną opowieść, ale to może innym razem 😉